W tym roku po raz pierwszy w życiu, Słodziaki wydały na cześć Dziadków uroczysty obiad.
Początek był ciężki, bo trzeba było samodzielnie posprzątać mieszkanie - w brudnym przecież gości się nie przyjmuje!
Sami wszystko przygotowali: od wymyślania posiłków, przez ustalenie listy zakupów, gotowanie i nakrycie stołu.
Bliźniaki, ale super!!!! Super? No to zapraszamy do nas. Nikt nie wytrzymuje dłużej niż dwie godziny. Bywa fajnie, ale generalnie jest... Ten blog jest o naszych doświadczeniach, problemach i sposobach ich rozwiązywania, o codzienności z bliźniakami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 6 lutego 2020
wtorek, 15 stycznia 2019
Post na koniec 2018 roku
Trochę mi zeszło z podsumowaniem 2018 roku, ale to przez rozleniwienie Świętami. Chyba nigdy tak mało nie robiłam, jeżeli chodzi o przygotowania, jak w tym roku.
niedziela, 16 grudnia 2018
czwartek, 28 czerwca 2018
Komunia
Wszystkim życzę, aby Pierwsza Komunia dziecka wyglądała tak, jak u nas. Absolutnie nie chodzi o przygotowania, strój, knajpę itd, ale o postawę "organizatora". Bez narzucania czegokolwiek, z życzliwością, miłością bliźniego. Nigdy nie myślałam, że takie podejście jest możliwe, zwłaszcza słysząc pełne grozy opowieści z innych parafii.
Chłopcy sami zadecydowali, że będą chodzić na religię, sami chcieli przystąpić do Pierwszej Komunii znając związane z tym zobowiązania, sami w końcu, chcieli uczestniczyć w przygotowaniach.
Dzięki moim Rodzicom i postawie Księdza była to uroczystość zupełnie pozbawiona nerwowości, napięcia i jakiegokolwiek stresu.
Chłopcy sami zadecydowali, że będą chodzić na religię, sami chcieli przystąpić do Pierwszej Komunii znając związane z tym zobowiązania, sami w końcu, chcieli uczestniczyć w przygotowaniach.
Dzięki moim Rodzicom i postawie Księdza była to uroczystość zupełnie pozbawiona nerwowości, napięcia i jakiegokolwiek stresu.
wtorek, 3 kwietnia 2018
Wielkanoc 2018
Lubię Wielkanoc. Najbardziej wtedy, gdy jest ciepło i słonecznie, wiosennie. W tym roku tak nie było. Pogoda była wstrętna i nawet "na krokusy" na Placu Centralnym nie poszliśmy, bo było tak wstrętnie.
Ale ceramiczne ozdoby wielkanocne wykonane (z marchewką na grzbiecie zajączka), pisanki pomalowane.
Ale udało mi się zrobić nową sałatkę, a święcenie pokarmów mieliśmy z tym roku indywidualne, z prywatnym błogosławieństwem. W drodze do domu wszystko oprócz jajek i soli zostało pożarte, choć jajka obroniłam cudem!
Odwiedziliśmy Dziadków, objedliśmy się po uszy, a we wtorek, dzięki cudownie ciepłemu słoneczku popędziliśmy na Rękawkę!
A jutro znów do szkoły, za którą już się stęskniliśmy.
Ale ceramiczne ozdoby wielkanocne wykonane (z marchewką na grzbiecie zajączka), pisanki pomalowane.
Ale udało mi się zrobić nową sałatkę, a święcenie pokarmów mieliśmy z tym roku indywidualne, z prywatnym błogosławieństwem. W drodze do domu wszystko oprócz jajek i soli zostało pożarte, choć jajka obroniłam cudem!
Odwiedziliśmy Dziadków, objedliśmy się po uszy, a we wtorek, dzięki cudownie ciepłemu słoneczku popędziliśmy na Rękawkę!
A jutro znów do szkoły, za którą już się stęskniliśmy.
środa, 28 lutego 2018
Ferie 2018
Tegoroczne ferie zapowiadały się średnio. Na początku okazało się, że ze względu na rekonwalescencję Kacpra nie pojeździmy na nartach, więc wyjazd do Szczawnicy trzeba było odwołać.
W pierwszy dzień ferii Kajetan zaś złapał 40 stopni gorączki i anginę. W drugim tygodniu ferii ja się rozłożyłam. Żyć nie umierać.
Mimo to, co nieco udało nam się zrobić.
Przede wszystkim połaziliśmy po Muzeach: Narodowym, Historycznym Miasta Krakowa i Lotnictwa. Byliśmy też na warsztatach szycia, gotowania i robienia obwarzanków. Udało nam się również zrobić drzewo na konkurs poezji.
Zaliczyliśmy nawet trening piłkarski na śniegu.
Jednym słowem ferie można zaliczyć do udanych!
W pierwszy dzień ferii Kajetan zaś złapał 40 stopni gorączki i anginę. W drugim tygodniu ferii ja się rozłożyłam. Żyć nie umierać.
Mimo to, co nieco udało nam się zrobić.
Przede wszystkim połaziliśmy po Muzeach: Narodowym, Historycznym Miasta Krakowa i Lotnictwa. Byliśmy też na warsztatach szycia, gotowania i robienia obwarzanków. Udało nam się również zrobić drzewo na konkurs poezji.
Zaliczyliśmy nawet trening piłkarski na śniegu.
Jednym słowem ferie można zaliczyć do udanych!
czwartek, 25 stycznia 2018
Wesołe gary
Dzień Babci w tym roku wypadł w niedzielę (a Dzień Dziadka w poniedziałek), a z racji strajku Babci co do gotowania w domu, udaliśmy się na rodzinny obiad do restauracji Wesołe gary (https://wesolegary.pl/).
To nowy lokal otwarty w Nowej Hucie obok DH Wanda. Po lokalizacji cudów się nie spodziewałam, choć to z pewnością krzywdzące stwierdzenie.
Restauracja nie jest najlepiej oznakowana, ani widoczna z zewnątrz. Może w lecie będzie jakiś ogródek, co poprawi orientację komuś udającemu się tam po raz pierwszy.
Po wejściu miałam wrażenie chaosu. Niby kierownik sali nas powitał i poprosił o poczekanie na wskazanie zarezerwowanego wcześniej stolika, ale biegający w górę i w dół kelnerzy udawali, że nas nie widzą.
Po dłuższym czasie mogliśmy usiąść do stolika.
Restauracja nie jest najlepiej oznakowana, ani widoczna z zewnątrz. Może w lecie będzie jakiś ogródek, co poprawi orientację komuś udającemu się tam po raz pierwszy.
Po wejściu miałam wrażenie chaosu. Niby kierownik sali nas powitał i poprosił o poczekanie na wskazanie zarezerwowanego wcześniej stolika, ale biegający w górę i w dół kelnerzy udawali, że nas nie widzą.
Po dłuższym czasie mogliśmy usiąść do stolika.
sobota, 26 sierpnia 2017
Runmagedon Kids Kraków 2017
Ale było pięknie! Mega impreza, super klimat i mimo, ze czasami lało, bawiliśmy się doskonale.
Impreza masowa. Podobno ponad 5,5 tyś. uczestników. Świetnie zorganizowane trasy (choć nie perfekcyjnie), widowiskowe przeszkody i dla dorosłych i dla dzieci.
Uśmiechnięci wolontariusze, dobra organizacja.
Wspaniałe, niezapomniane przeżycie dla Słodziaków. Duma z pokonania trasy, duch współpracy między dziećmi - zawodnikami.
Jakby trzeba się było do czegoś doczepić to fajnie byłoby jakby trasa dziecięca była tak poprowadzona, żeby rodzic - fotograf mógł na całej jej długości podążać za dzieckiem.
Widziałam też, że dla kilku uczestników zabrakło pni na starcie - to ewidentne niedopatrzenie organizacyjne.
Za rok na pewno wrócimy - tym razem może w rozszerzonym składzie :)
Impreza masowa. Podobno ponad 5,5 tyś. uczestników. Świetnie zorganizowane trasy (choć nie perfekcyjnie), widowiskowe przeszkody i dla dorosłych i dla dzieci.
Uśmiechnięci wolontariusze, dobra organizacja.
Jakby trzeba się było do czegoś doczepić to fajnie byłoby jakby trasa dziecięca była tak poprowadzona, żeby rodzic - fotograf mógł na całej jej długości podążać za dzieckiem.
Widziałam też, że dla kilku uczestników zabrakło pni na starcie - to ewidentne niedopatrzenie organizacyjne.
Za rok na pewno wrócimy - tym razem może w rozszerzonym składzie :)
wtorek, 13 czerwca 2017
Dzień Dziecka
W tym roku świętowanie Dnia Dziecka trwało w zasadzie prawie tydzień. Ale w końcu Słodziaki odliczały dni i spekulowały co do prezentów. W końcu wygrały Fidget Spinnery, co nie ukrywam, nie nadszarpnęło naszej kieszeni, ale po kolei.
środa, 24 maja 2017
Dzień Matki
Pobudka 6.15. Jest spoko, spała aż 5 godzin. Dzięki kieliszkowi wina "na dobranoc" prawie bez przerwy. Nie budziła się co chwilę. Dzieci płakały w nocy, ale ona jeszcze wtedy nie spała. Mogła pobiec na górę, utulić, ukoić.
Nie spała, bo szykowała obiad "na jutro". Barszcz czerwony, pierożki do zupy. Ziemniaki obrała, posoliła, kotlety uformowała, położyła na patelni, przykryła folią, włożyła do lodówki. Nie zrobiła surówki... Może on da radę sam zrobić? Na pewno da! Przecież ze wszystkim radzi sobie znakomicie! Odbierze ze szkoły, przygotuje obiad, zrobi lekcje, przyszykuje na jutro, pójdzie z dziećmi na karate.
Ona w końcu wróci z tej pracy, która jest po prostu śmieszna, sezonowa. I jeszcze przynosi gówniane dochody, bo przecież to on utrzymuje całą rodzinę, przez cały rok i dba o wszystko. Wróci po 10 godzinach stania na nogach i użerania się z kwiatem młodzieży polskiej, zrobi kolację, posprząta kuchnię, znów się przyczepi, że naczynia nie w zmywarce, a pudło na środku garderoby. Sprawdzi plecaki, dopakuje, co trzeba, napisze w dzienniczku zaległe usprawiedliwienie, pomyje gary, zrobi prowiant na następny dzień i .... siądzie do pracy przed komputerem...
To nic, że znów nie miała czasu zapisać się na cytologię. Do dermatologa też przecież zdąży się umówić, a to znamię na plecach ma już tyle lat, że na pewno to nic złego. Musi też odwołać termin szczepienia dzieci, bo w całym mieście nie ma szczepionki. Nie będzie przez to spała przez tydzień kalkulując konsekwencje swojej decyzji, ale po co komu sen?
Że nie odebrała jego spodni od krawca, że kupiła mu bokserki jak namioty? Cholera, znów się nie spisała. Jutro wszystkiego dopilnuje. W końcu nie ma o co płakać. Trzeba być miłym, spokojnym, uśmiechniętym. Przecież inni tak umieją, są mili, zabawni, jest z nimi o czym rozmawiać.
A Mama? Ciągle się czepia, że zle napisane, że nie posprzątane, że gra się w piłkę w domu. A na obiad znów mielone, których nikt nie lubi, a książki mi nie kupiła, na lego też nie chce dać. Z Tatą natomiast tak fajnie, bo w piłkę można pograć. Wprawdzie on non stop z nosem w telefonie, ale i do tego idzie przywyknąć.
Potem idzie do sypialni dzieci i pyta czemu jeszcze nie śpią? W odpowiedzi słyszy: "Czekałem na Ciebie. Nie mogłem przecież zasnąć bez powiedzenia Ci, że Cię kocham". I nagle ma swój pieprzony Dzień Matki. Lepszy niż jakikolwiek inny dzień w całym swoim życiu!
Nie spała, bo szykowała obiad "na jutro". Barszcz czerwony, pierożki do zupy. Ziemniaki obrała, posoliła, kotlety uformowała, położyła na patelni, przykryła folią, włożyła do lodówki. Nie zrobiła surówki... Może on da radę sam zrobić? Na pewno da! Przecież ze wszystkim radzi sobie znakomicie! Odbierze ze szkoły, przygotuje obiad, zrobi lekcje, przyszykuje na jutro, pójdzie z dziećmi na karate.
Ona w końcu wróci z tej pracy, która jest po prostu śmieszna, sezonowa. I jeszcze przynosi gówniane dochody, bo przecież to on utrzymuje całą rodzinę, przez cały rok i dba o wszystko. Wróci po 10 godzinach stania na nogach i użerania się z kwiatem młodzieży polskiej, zrobi kolację, posprząta kuchnię, znów się przyczepi, że naczynia nie w zmywarce, a pudło na środku garderoby. Sprawdzi plecaki, dopakuje, co trzeba, napisze w dzienniczku zaległe usprawiedliwienie, pomyje gary, zrobi prowiant na następny dzień i .... siądzie do pracy przed komputerem...
To nic, że znów nie miała czasu zapisać się na cytologię. Do dermatologa też przecież zdąży się umówić, a to znamię na plecach ma już tyle lat, że na pewno to nic złego. Musi też odwołać termin szczepienia dzieci, bo w całym mieście nie ma szczepionki. Nie będzie przez to spała przez tydzień kalkulując konsekwencje swojej decyzji, ale po co komu sen?
Że nie odebrała jego spodni od krawca, że kupiła mu bokserki jak namioty? Cholera, znów się nie spisała. Jutro wszystkiego dopilnuje. W końcu nie ma o co płakać. Trzeba być miłym, spokojnym, uśmiechniętym. Przecież inni tak umieją, są mili, zabawni, jest z nimi o czym rozmawiać.
A Mama? Ciągle się czepia, że zle napisane, że nie posprzątane, że gra się w piłkę w domu. A na obiad znów mielone, których nikt nie lubi, a książki mi nie kupiła, na lego też nie chce dać. Z Tatą natomiast tak fajnie, bo w piłkę można pograć. Wprawdzie on non stop z nosem w telefonie, ale i do tego idzie przywyknąć.
Potem idzie do sypialni dzieci i pyta czemu jeszcze nie śpią? W odpowiedzi słyszy: "Czekałem na Ciebie. Nie mogłem przecież zasnąć bez powiedzenia Ci, że Cię kocham". I nagle ma swój pieprzony Dzień Matki. Lepszy niż jakikolwiek inny dzień w całym swoim życiu!
środa, 28 grudnia 2016
Święta A.D. 2016
"Mamo, to był najfajniejszy dzień na świecie!" - powiedział mój syn, po 3-godzinnej zabawie z.... Rodzicami. W końcu z okazji szkolnej przerwy świątecznej mieliśmy oboje czas, żeby poświęcić czas swoim dzieciom. Razem, jednocześnie.
Wydawało mi się, że dużo czasu spędzam z dziećmi i tak rzeczywiście jest. Myślę jednak, że chłopcy docenili to, że po trzech dniach świętowania było w końcu spokojnie i cicho, a nasza uwaga skierowana była tylko na nich. Bo w Święta, jak to w Święta.
Najpierw dużo przygotowań: samodzielnie ubrana choinka, dwie tury pierników, które ozdabiali według własnego uznania, wyprawy po prezenty, pakowanie ich "cichaczem przed Mamą" i obawy Kacpra, że będzie musiał zjeść tą rybę na Wigilię.
Sama Wigilia zaczęła się tak naprawdę już przed południem, bo wtedy właśnie pojechaliśmy do Dziadków. Narobiliśmy zamieszania, przywieźliśmy pierogi z kaszą, kulebiaka (dziękuję A!), tort marchewkowy i oczywiście pierniczki. Ponieważ cało rodzinnie mieliśmy się spotkać w pierwszy dzień Świąt, założenie było takie, że każdy będzie mógł otworzyć w Wigilię po jednym prezencie. I to oczekiwanie na prezenty było oczywiście najważniejsze. Ale istotna była i pierwsza gwiazdka, i sianko pod obrusem, i opłatek, i liczenie potraw, i... kotlet mielony w kształcie ryby dla Kacpra :) Dziadek zrobił nam niespodziankę, wyciągnął gitarę i pośpiewaliśmy kolędy. Prezenty też oczywiście były:)
Wydawało mi się, że dużo czasu spędzam z dziećmi i tak rzeczywiście jest. Myślę jednak, że chłopcy docenili to, że po trzech dniach świętowania było w końcu spokojnie i cicho, a nasza uwaga skierowana była tylko na nich. Bo w Święta, jak to w Święta.
Najpierw dużo przygotowań: samodzielnie ubrana choinka, dwie tury pierników, które ozdabiali według własnego uznania, wyprawy po prezenty, pakowanie ich "cichaczem przed Mamą" i obawy Kacpra, że będzie musiał zjeść tą rybę na Wigilię.
Sama Wigilia zaczęła się tak naprawdę już przed południem, bo wtedy właśnie pojechaliśmy do Dziadków. Narobiliśmy zamieszania, przywieźliśmy pierogi z kaszą, kulebiaka (dziękuję A!), tort marchewkowy i oczywiście pierniczki. Ponieważ cało rodzinnie mieliśmy się spotkać w pierwszy dzień Świąt, założenie było takie, że każdy będzie mógł otworzyć w Wigilię po jednym prezencie. I to oczekiwanie na prezenty było oczywiście najważniejsze. Ale istotna była i pierwsza gwiazdka, i sianko pod obrusem, i opłatek, i liczenie potraw, i... kotlet mielony w kształcie ryby dla Kacpra :) Dziadek zrobił nam niespodziankę, wyciągnął gitarę i pośpiewaliśmy kolędy. Prezenty też oczywiście były:)
środa, 7 grudnia 2016
W przyszłym roku Mikołaja nie będzie!
Mikołaj może i byłby fajny, gdyby nie to, że:
- nie przyniósł PS4 ("A skąd wiesz Mamo, że mi jej nie przyniesie?")
- nie przyniósł rybek dla Mamy ("Najwidoczniej nie byłaś taka grzeczna")
- zostawił rachunek w książce ("To jednak on KUPUJE te prezenty?!?!")
- podpisuje prezenty jakimś znajomym charakterem pisma ("Skądś znam ten charakter pisma...")
i GDYBY NIE PRZYCHODZIŁ O 2.00 W NOCY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Ludzie, za co?!
2.00 w nocy: "Mamo, Mamo (swoją drogą, to czemu nie "Tato, tato!") są już prezenty! Był już! Przyniósł!!!"
K...wa, wiem. Godzinę temu się położyłam..
Ekscytacja pełna, wrzaski, krzyki. Burdel w całym domu. Dobra, zarządzam spanie. M.zmył się do pracy. Ja do 4.00 pacyfikowałam. Myślę - trudno, pośpię rano.
7.30 rano: "Mamo, to my idziemy już na dół z prezentami".
Oczyma wyobraźni widzę kilogramy zjedzonych słodyczy zamiast śniadania, rzyganie w szkole, zatwardzenie przez 3 dni. Wstaje....
Minęło parę godzin na autopilocie.
Kaj rozpakowując kolejny prezent wykrzykuje gdzieś w sufit, że Mikołaj jest najlepszy na świecie i że bardzo dziękuje za prezenty. Chwila zastanowienia... "Tylko, jak mi w przyszłym roku przyniesiesz jakiś babski prezent, to przestanę Cię szanować..."
Otwieram usta. Zamykam. Odpuszczam. Bez komentarza.
Z rózg zrobiłam bukiet świąteczny - tyle tego było.
Jeszcze na dodatek kupiłam sobie za mały T-shirt!
- nie przyniósł PS4 ("A skąd wiesz Mamo, że mi jej nie przyniesie?")
- nie przyniósł rybek dla Mamy ("Najwidoczniej nie byłaś taka grzeczna")
- zostawił rachunek w książce ("To jednak on KUPUJE te prezenty?!?!")
- podpisuje prezenty jakimś znajomym charakterem pisma ("Skądś znam ten charakter pisma...")
i GDYBY NIE PRZYCHODZIŁ O 2.00 W NOCY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Ludzie, za co?!
2.00 w nocy: "Mamo, Mamo (swoją drogą, to czemu nie "Tato, tato!") są już prezenty! Był już! Przyniósł!!!"
K...wa, wiem. Godzinę temu się położyłam..
Ekscytacja pełna, wrzaski, krzyki. Burdel w całym domu. Dobra, zarządzam spanie. M.zmył się do pracy. Ja do 4.00 pacyfikowałam. Myślę - trudno, pośpię rano.
7.30 rano: "Mamo, to my idziemy już na dół z prezentami".
Oczyma wyobraźni widzę kilogramy zjedzonych słodyczy zamiast śniadania, rzyganie w szkole, zatwardzenie przez 3 dni. Wstaje....
Minęło parę godzin na autopilocie.
Kaj rozpakowując kolejny prezent wykrzykuje gdzieś w sufit, że Mikołaj jest najlepszy na świecie i że bardzo dziękuje za prezenty. Chwila zastanowienia... "Tylko, jak mi w przyszłym roku przyniesiesz jakiś babski prezent, to przestanę Cię szanować..."
Otwieram usta. Zamykam. Odpuszczam. Bez komentarza.
Z rózg zrobiłam bukiet świąteczny - tyle tego było.
Jeszcze na dodatek kupiłam sobie za mały T-shirt!
wtorek, 8 listopada 2016
"A dla Mamy przynieś rybki"
Listy do Świętego już napisane. W tym roku wysyłaliśmy je z okna, a tradycyjne ciasteczka dla elfów zastąpiły chrupki orzechowe (wybaczcie mi wszystkie PPD:) w woreczku... śniadaniowym.
Listy, jak i prośby, były tak różne, jak różni są moi synowie. W obu zaś została zawarta potrzeba obdarowania również rodziców, co nie dziwi, gdyż byli przecież grzeczni.
Kacper zaczął pięknie od podejścia psychologicznego, że choć nie był grzeczny, to jednak prosi o książki. Rodziców natomiast chce uszczęśliwić kwotą 5 000,00 złotych, co uważam, jest wartością adekwatną do chwilowych potrzeb.
Kaj od razu przeszedł do rzeczy wymieniając jednym ciurkiem PS4 i parę innych gadżetów z tej półki cenowej. Gdy jednak zasugerowałam, że to może trochę drogi prezent i Mikołaj może tyle kasy nie posiadać, spokojnie mi oświadczył, że przecież Święty tego nie kupuje, tylko elfy robią to w fabryce na Biegunie Północnym. Zgodził się zrezygnować z nowego telefonu pod warunkiem, że dostanie jakieś zwierzątko.
Tu nastąpił wykład o tym, że zwierzątek nie otrzymuje się w prezencie, że to powinien być przemyślany wybór, że posiadanie zwierzątka to ogromna odpowiedzialność, że ktoś się musi nim zająć itd.
Po paru minutach do listu został dopisany PS. "A dla Mamy przynieś rybki".
Listy, jak i prośby, były tak różne, jak różni są moi synowie. W obu zaś została zawarta potrzeba obdarowania również rodziców, co nie dziwi, gdyż byli przecież grzeczni.
Kacper zaczął pięknie od podejścia psychologicznego, że choć nie był grzeczny, to jednak prosi o książki. Rodziców natomiast chce uszczęśliwić kwotą 5 000,00 złotych, co uważam, jest wartością adekwatną do chwilowych potrzeb.
Kaj od razu przeszedł do rzeczy wymieniając jednym ciurkiem PS4 i parę innych gadżetów z tej półki cenowej. Gdy jednak zasugerowałam, że to może trochę drogi prezent i Mikołaj może tyle kasy nie posiadać, spokojnie mi oświadczył, że przecież Święty tego nie kupuje, tylko elfy robią to w fabryce na Biegunie Północnym. Zgodził się zrezygnować z nowego telefonu pod warunkiem, że dostanie jakieś zwierzątko.
Tu nastąpił wykład o tym, że zwierzątek nie otrzymuje się w prezencie, że to powinien być przemyślany wybór, że posiadanie zwierzątka to ogromna odpowiedzialność, że ktoś się musi nim zająć itd.
Po paru minutach do listu został dopisany PS. "A dla Mamy przynieś rybki".
środa, 2 listopada 2016
Dzień Zaduszny
Słodziaki są w tej szczęśliwej sytuacji, że odwiedzanie grobów nie wiąże się u nich ze smutkiem, ani wspomnieniami osób, które odeszły. Byli za mali, żeby pamiętać Babcię Janinkę, a innych osób nie znali.
Wyprawa na cmentarz coraz częściej jest nudnym obowiązkiem, bezsensowną wycieczką, bo "przecież już byliśmy na cmentarzu". Kiedyś atrakcją było zapalanie zniczy. Nadal jest, ale to już nie jest argument, który sprawia, że idą na cmentarz z ochotą. No przesadziłam. Może nie z ochotą, ale bez marudzenia.
Alternatywą do wyjścia jest siedzenie w domu, przed konsolą lub TV (bo przecież święto, to można) i obżeranie się słodkościami. Choć trzeba przyznać, że zakup "cmentarnych" słodyczy to w ostateczności jest argument, który pozwala się jednak ruszyć z domu.
Moje sposoby na to, żeby jednak ten dzień przebiegł bez awantur, są następujące:
1. Halloween
Celebrujemy go co roku, choć połowicznie. Nie chodzimy po sąsiadach, ale imprezę wyprawiamy ze wszystkimi gadżetami: dekoracje, malowanie, kostiumy, jedzenie. Oglądamy też tematyczne bajki. Po co? Żeby w tym wszystkim było też trochę radości, szaleństwa i oderwania od rzeczywistości.
Wyprawa na cmentarz coraz częściej jest nudnym obowiązkiem, bezsensowną wycieczką, bo "przecież już byliśmy na cmentarzu". Kiedyś atrakcją było zapalanie zniczy. Nadal jest, ale to już nie jest argument, który sprawia, że idą na cmentarz z ochotą. No przesadziłam. Może nie z ochotą, ale bez marudzenia.
Alternatywą do wyjścia jest siedzenie w domu, przed konsolą lub TV (bo przecież święto, to można) i obżeranie się słodkościami. Choć trzeba przyznać, że zakup "cmentarnych" słodyczy to w ostateczności jest argument, który pozwala się jednak ruszyć z domu.
Moje sposoby na to, żeby jednak ten dzień przebiegł bez awantur, są następujące:
1. Halloween
Celebrujemy go co roku, choć połowicznie. Nie chodzimy po sąsiadach, ale imprezę wyprawiamy ze wszystkimi gadżetami: dekoracje, malowanie, kostiumy, jedzenie. Oglądamy też tematyczne bajki. Po co? Żeby w tym wszystkim było też trochę radości, szaleństwa i oderwania od rzeczywistości.
sobota, 10 września 2016
Torty
Znów wrócił temat tortów urodzinowych i powoli kończą mi się pomysły :) Od czego jednak jest internet, a zwłaszcza youtube?
Dotychczas robiłam serniki na zimno na spodzie z biszkoptów. Środek to mieszanka sera na sernik i żelatyny lub galaretki. Często też robiłam kolorowe galaretki, kroiłam je na kosteczki i mieszałam z serkiem.
Całość ozdobiona była kremem śmietanowym, na którym kładłam opłatek dekoracyjny ze stosownym rysunkiem.
No ale, ileż można? Zwłaszcza, że w tym roku Słodziaki co przebąkują o torcie piętrowym!
Udało mi się też upiec muffinki, na które nałożyłam krem (ten z tortu) i dekoracyjne opłatki. Hitem ostatnich urodzin był zaś tort - ziemia.
Dotychczas robiłam serniki na zimno na spodzie z biszkoptów. Środek to mieszanka sera na sernik i żelatyny lub galaretki. Często też robiłam kolorowe galaretki, kroiłam je na kosteczki i mieszałam z serkiem.
Całość ozdobiona była kremem śmietanowym, na którym kładłam opłatek dekoracyjny ze stosownym rysunkiem.
No ale, ileż można? Zwłaszcza, że w tym roku Słodziaki co przebąkują o torcie piętrowym!
Udało mi się też upiec muffinki, na które nałożyłam krem (ten z tortu) i dekoracyjne opłatki. Hitem ostatnich urodzin był zaś tort - ziemia.
środa, 8 czerwca 2016
Turniej piłkarski
Za nami miesiąc wszelakich turniejów piłkarskich. Od "składkowych" Deichmanna, do sponsorowanych przez Taurona i Urząd Miasta Krakowa. Po dotychczasowych rozgrywkach wewnątrz klubowych było to dla nas nowe doświadczenie, choć muszę przyznać, że wyszliśmy z tego obronną ręką.
Po pierwsze i najważniejsze - organizacja.
Fajnie jest, gdy z wyprzedzeniem, co najmniej tygodniowym, wiemy kto z kim gra, o której i gdzie. Jeden turniej pod tym względem był dobrze zorganizowany, drugi to totalny chaos, więc mamy porównanie.
Komunikacja przez stronę www organizatora jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Ważna też jest reakcja organizatora na warunki pogodowe. Ja wiem, że piłkarze grają nawet i w deszczu, ale mówimy o dzieciach. Skoro nie ma zapewnionych boisk halowych, to dobrze widzieć, co w przypadku niesprzyjającej aury.
Ze strony uczestników zaś organizacja również odrywa kluczowe zadanie Trzeba przyjechać ze sporym zapasem czasowym, znaleźć miejsce parkingowe (zawsze są z tym problemy!), mieć odpowiedni strój, bluzy, ale i też picie, jedzenie. Niby zaplecze gastronomiczne raczej zawsze jest obok takich imprez, ale kolejki również są nieziemskie. Ja jechałam uzbrojona w kubek z kawą, zwłaszcza rano.
W końcu informacja na miejscu, osoby pilnujące, udzielające wskazówek, gdzie iść. Punktualność sędziów, dostępność rejestracji itd, itd.
Dla dzieci mają też znaczenie stroje na turniej, medale na koniec, dyplomy, puchar, czy też nagrody w postaci piłek, ale i też zestawów: soczek + drożdżówka :)
Po pierwsze i najważniejsze - organizacja.
Fajnie jest, gdy z wyprzedzeniem, co najmniej tygodniowym, wiemy kto z kim gra, o której i gdzie. Jeden turniej pod tym względem był dobrze zorganizowany, drugi to totalny chaos, więc mamy porównanie.
Komunikacja przez stronę www organizatora jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Ważna też jest reakcja organizatora na warunki pogodowe. Ja wiem, że piłkarze grają nawet i w deszczu, ale mówimy o dzieciach. Skoro nie ma zapewnionych boisk halowych, to dobrze widzieć, co w przypadku niesprzyjającej aury.
Ze strony uczestników zaś organizacja również odrywa kluczowe zadanie Trzeba przyjechać ze sporym zapasem czasowym, znaleźć miejsce parkingowe (zawsze są z tym problemy!), mieć odpowiedni strój, bluzy, ale i też picie, jedzenie. Niby zaplecze gastronomiczne raczej zawsze jest obok takich imprez, ale kolejki również są nieziemskie. Ja jechałam uzbrojona w kubek z kawą, zwłaszcza rano.
W końcu informacja na miejscu, osoby pilnujące, udzielające wskazówek, gdzie iść. Punktualność sędziów, dostępność rejestracji itd, itd.
Dla dzieci mają też znaczenie stroje na turniej, medale na koniec, dyplomy, puchar, czy też nagrody w postaci piłek, ale i też zestawów: soczek + drożdżówka :)
poniedziałek, 28 marca 2016
Świecka, tradycyjna Wielkanoc
Kolejne Święta już prawie za nami. W końcu wiosenna pogoda, ciepło, słonecznie. Nareszcie, chce się żyć!
W szkole ferie wielkanocne i trzeba od czwartku jakoś czas zorganizować, do wtorku włącznie. Jak zwykle zebraliśmy rodzinne dzieci (choć już niedługo, ptaszki ćwierkają, że będzie nas więcej) i... no i właśnie, co tu robić, gdy zimno, deszczowo. Skorzystaliśmy z okazji chwilowego przebicia się słońca i wybraliśmy się na targ wielkanocny na Rynku, zaliczając gofry i owoce w czekoladzie po drodze. Przy okazji dopełniliśmy naszej rodzinnej tradycji kupna po jednej, drewnianej pisance. Za parę lat na Święcenie pojedziemy z koszykiem o półmetrowej średnicy. Udało nam się pojeździć tramwajami i pokazać co poniektórym Krakowiaka.
W piątek trochę sprzątania i malowanie pisanek, zajączków, krótki spacer, bo pogoda była fatalna. Maraton filmowy, gry "do bólu".
W szkole ferie wielkanocne i trzeba od czwartku jakoś czas zorganizować, do wtorku włącznie. Jak zwykle zebraliśmy rodzinne dzieci (choć już niedługo, ptaszki ćwierkają, że będzie nas więcej) i... no i właśnie, co tu robić, gdy zimno, deszczowo. Skorzystaliśmy z okazji chwilowego przebicia się słońca i wybraliśmy się na targ wielkanocny na Rynku, zaliczając gofry i owoce w czekoladzie po drodze. Przy okazji dopełniliśmy naszej rodzinnej tradycji kupna po jednej, drewnianej pisance. Za parę lat na Święcenie pojedziemy z koszykiem o półmetrowej średnicy. Udało nam się pojeździć tramwajami i pokazać co poniektórym Krakowiaka.
W piątek trochę sprzątania i malowanie pisanek, zajączków, krótki spacer, bo pogoda była fatalna. Maraton filmowy, gry "do bólu".
poniedziałek, 29 lutego 2016
Siedmiolatkowie
Dzień urodzin zbliżał się nieubłaganie i w końcu nadszedł weekend szaleństw. Po dwóch tygodniach różnego rodzaju choróbsk, urodziny spędziliśmy w domowej, rodzinnej atmosferze.
Ostatni dzień sześciu lat i pierwszy dzień siedmiu lat zaakcentowaliśmy różnymi postanowieniami (nie obeszło się oczywiście bez góry prezentów, ale o tym za chwilę).
1. Siedmiolatkowie absolutnie nie biją się ze sobą.
Założenie taktyczne jest dobre, ale z realizacją bywa różnie. Uważam, że należy dzieciom pozwolić się kłócić między sobą do momentu wyzwisk i rękoczynów. Wtedy zazwyczaj interweniuję bez rozstrzygania o racji. Niestety Mama siedmiolatków musi nauczyć się, że interwencja powinna się odbywać spokojnym, rzeczowym tonem, a nie atakiem tunami, który zmiata po drodze wszystko kalecząc uszy nie tylko najbliższych sąsiadów.
2. Kara zakazu grania na konsoli czy oglądania telewizji nie działa.
"Nie będę grać? To trudno"... Z takimi argumentami ciężko dyskutować. Poza tym, zamiast przemyślenia sytuacji u winowajcy i okazania skruchy oraz szczerej chęci poprawy (trwają rekolekcje, więc katolickie nawiązania są jak najbardziej zamierzone), powoduje to tylko nadmierny wzrost ciśnienia u karzącego.
Postanowiłam więc połączyć przyjemne z pożytecznym i wzorując się na ulubionym bohaterze książkowym Słodziaków - Harrym Potterze, chłopcy przepisują fragment tekstów. Wyjdzie im to tylko na zdrowie, ponieważ o ile "ze słuchu" piszą prawie bezbłędnie, o tyle przepisywanie rodzi kreacje słowne nie mające nic wspólnego z powszechnie przyjętą ortografią.
Ostatni dzień sześciu lat i pierwszy dzień siedmiu lat zaakcentowaliśmy różnymi postanowieniami (nie obeszło się oczywiście bez góry prezentów, ale o tym za chwilę).
1. Siedmiolatkowie absolutnie nie biją się ze sobą.
Założenie taktyczne jest dobre, ale z realizacją bywa różnie. Uważam, że należy dzieciom pozwolić się kłócić między sobą do momentu wyzwisk i rękoczynów. Wtedy zazwyczaj interweniuję bez rozstrzygania o racji. Niestety Mama siedmiolatków musi nauczyć się, że interwencja powinna się odbywać spokojnym, rzeczowym tonem, a nie atakiem tunami, który zmiata po drodze wszystko kalecząc uszy nie tylko najbliższych sąsiadów.
2. Kara zakazu grania na konsoli czy oglądania telewizji nie działa.
"Nie będę grać? To trudno"... Z takimi argumentami ciężko dyskutować. Poza tym, zamiast przemyślenia sytuacji u winowajcy i okazania skruchy oraz szczerej chęci poprawy (trwają rekolekcje, więc katolickie nawiązania są jak najbardziej zamierzone), powoduje to tylko nadmierny wzrost ciśnienia u karzącego.
Postanowiłam więc połączyć przyjemne z pożytecznym i wzorując się na ulubionym bohaterze książkowym Słodziaków - Harrym Potterze, chłopcy przepisują fragment tekstów. Wyjdzie im to tylko na zdrowie, ponieważ o ile "ze słuchu" piszą prawie bezbłędnie, o tyle przepisywanie rodzi kreacje słowne nie mające nic wspólnego z powszechnie przyjętą ortografią.
środa, 6 stycznia 2016
Przerwa świąteczna
Dni ustawowo wolne od pracy i weekendy to był czas wyzwań dla Rodziców przedszkolaków. My mieliśmy najlepsze przedszkole na świecie, bo całoroczne.
Teraz jak Słodziaki mają prawie dwa tygodnie przerwy od szkoły to ja...oddycham z ulgą. Nie dlatego, że coś jest nie tak ze szkołą. Tylko zawożenie, odwożenie, wstawanie. Z miłą chęcią trochę od tego odetchnę.
No ale nie zmienia to faktu, że trzeba się trochę namęczyć, żeby było fajnie i dla nich i dla nas.
W zależności od pogody, a u nas było minus 15 stopni, albo aktywizujemy się w domku, albo na polu.
W domu można zorganizować:
- maraton filmowy, u nas Star Wars
- w nawiązaniu do powyższego zaliczyliśmy najnowszy epizod w kinie (REWELACJA!!!!!)
- rozgrywki w grach i to w planszówkach, i na Playstation
- czytanie na głos ulubionych książek (każdy na zmianę po rozdziale)
- lego
Słodziaki zdecydowały się w końcu spieniężyć skarbonki, więc pojechaliśmy do sklepu po nowe zestawy. Uwierzcie mi, że cztery godziny nie wiedziałam, że mam dzieci. Siedzieli przy swoich biurkach i składali zestawy. Na tym zabawa się nie skończyła, bo już drugi dzień z rzędu się nimi non stop zajmują układając przeróżne scenariusze.
Teraz jak Słodziaki mają prawie dwa tygodnie przerwy od szkoły to ja...oddycham z ulgą. Nie dlatego, że coś jest nie tak ze szkołą. Tylko zawożenie, odwożenie, wstawanie. Z miłą chęcią trochę od tego odetchnę.
No ale nie zmienia to faktu, że trzeba się trochę namęczyć, żeby było fajnie i dla nich i dla nas.
W domu można zorganizować:
- maraton filmowy, u nas Star Wars
- w nawiązaniu do powyższego zaliczyliśmy najnowszy epizod w kinie (REWELACJA!!!!!)
- rozgrywki w grach i to w planszówkach, i na Playstation
- czytanie na głos ulubionych książek (każdy na zmianę po rozdziale)
- lego
Słodziaki zdecydowały się w końcu spieniężyć skarbonki, więc pojechaliśmy do sklepu po nowe zestawy. Uwierzcie mi, że cztery godziny nie wiedziałam, że mam dzieci. Siedzieli przy swoich biurkach i składali zestawy. Na tym zabawa się nie skończyła, bo już drugi dzień z rzędu się nimi non stop zajmują układając przeróżne scenariusze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























