Taka sytuacja:
Odwieźliśmy z Kacprem Kaja do szkoły. Kacper jest w okresie rekonwalescencji po operacji. W zasadzie nic mu nie jest, ale na razie nie chodzi do szkoły, bo rana musi się podgoić.
W tramwaju nie ma ścisku, ale pusty też nie jedzie. Siadamy, a synuś w przypływie uczuć tuli się do mnie, czemu dość namolnie przygląda się pani uśmiechając pod nosem.
Oduśmiechnęłam się do niej i tu był mój błąd...
"Oj jak synek kocha mamusię! I taki duży i się przytula. To dlatego, że był karmiony piersią! Taka więź zostaje na całe życie!"
Przyznaję, że w tym momencie moja psychika rypnęła na bruk. Tzn.zrobiła coś gorszego, ale nie da się tego parlamentarnie opisać.
Całe swoje doświadczenie jako matki, całe swoje opanowanie, całą, nie boję się tego użyć,
mądrość życiową wykorzystałam w tym momencie, żeby się nie odezwać, uśmiechnąć i pogadać z synem o emigracji (temat, który jest wałkowany od ostatnich zajęć na Uniwersytecie).
Zastanawiam się, czy ludzie naprawdę mają taką sieczkę w mózgu?
Ale mają. Przypomina mi się niedawna dyskusja w Internetach na temat tego, że dzieci, które urodziły się przez cesarskie cięcie nie mają prawa obchodzić URODZIN, bo się tak naprawdę nie urodziły, tylko powinny obchodzić WYDOBYCINY, bo z łona matki zostały wydobyte!
Ja pi....lę! Ludzie! Naprawdę?!