Włócząc się po Krakowie zaproponowałam Słodziakom wizytę w Muzeum Inżynierii Miejskiej, a konkretnie wystawę czasową (do 30.06.2018) - Galerię Figur Stalowych.
Trochę odstraszyła mnie cena, ale zachęcona bardzo pozytywnymi wrażeniami znajomej (dziękuję J.), która widziała tą wystawę w Pruszkowie, wysupłałam ostatni grosz i poszliśmy!
Ale się działo!
Jak zapewniają twórcy: „W industrialnym otoczeniu tworzymy imponujących
rozmiarów figury metalowe – roboty, bohaterów kreskówek i filmów
animowanych, postacie filmowe oraz perfekcyjnie zrekonstruowane
samochody, które powstały w wyniku przetworzenia i obróbki złomu.
Zmieniamy go w imponujące dzieła sztuki, aby tchnąć w niego zupełnie
nowe życie, zupełnie jak z muzeum Madame Tussaud”.
Na wystawie w
Krakowie twórcy zaprezentują dziesiątki poruszających naszą wyobraźnię
stalowych postaci, misternie wykonanych z tysięcy stalowych elementów
oraz całą gamę modeli samochodów, wykonanych w skali 1:1, o których
marzą nie tylko fani motoryzacji. Można będzie je dotknąć, wsiąść do
nich i poczuć się jak w hollywoodzkim filmie.
źródło: www.mim.krakow.pl
To właśnie te modele samochodów okazały się największym hitem wystawy. Do każdego z nich można było wsiąść bez obaw, że coś się zniszczy, zepsuje.
Mimo nagromadzenia wielu modeli w jednej sali nie ma się wrażenia natłoku eksponatów. Spędziliśmy tam prawie godzinę robiąc setki zdjęć.
Mimo ceny - polecam.
http://www.mim.krakow.pl/aktualnosci/galeria-figur-stalowych
Bliźniaki, ale super!!!! Super? No to zapraszamy do nas. Nikt nie wytrzymuje dłużej niż dwie godziny. Bywa fajnie, ale generalnie jest... Ten blog jest o naszych doświadczeniach, problemach i sposobach ich rozwiązywania, o codzienności z bliźniakami.
piątek, 5 stycznia 2018
wtorek, 28 listopada 2017
Spotkania z historią
"Mamo, już się nie mogę doczekać, żeby w szkole w końcu się zacząć uczyć historii!", któregoś dnia z wypiekami na twarzy wyznał mi syn.
Pomimo wykonywanego zawodu za historią nigdy nie przepadałam (choć moja Pani Profesor z liceum, bój się faraona, była wyjątkowym pedagogiem), co wynika pewnie z totalnej nieumiejętności zapamiętywania nazwisk bez twarzy oraz z tendencji do przestawiania cyfr w datach. Jednakże, z racji wykonywanego zawodu, trzeba było się z ta historią zaprzyjaźnić i spróbować zaserwować ją słuchaczom trochę inaczej.
W ten sam sposób staram się zaciekawić nią dzieci ciągając ich na wszelakie gry miejskie, spacery detektywistyczne (tylko z Panią Fishką - Łucja, jeszcze raz dziękuję! https://www.facebook.com/FishkaKrakowTours/), czy też do muzeum tylko po to, żeby np. poszukać tygrysa, czy postrzelać do czołgu.
Jestem też zwolennikiem nauki przez doświadczenie. Np. dla mnie niewykonalne jest nauczenie się nazwiska twórcy Dzwonu Zygmunta, ale gdy powiem dzieciakom, że autor "podpisał się" na dzwonie, to z ciekawością wspinają się na wieżę, żeby to zobaczyć. Nie wyobrażam sobie również uczyć się o arrasach tylko oglądając ich zdjęcia, zwłaszcza, gdy mamy je pod nosem.
Mam tylko nadzieję, że szkolna edukacja nie zabije pasji moich dzieci to tego przedmiotu...
Pomimo wykonywanego zawodu za historią nigdy nie przepadałam (choć moja Pani Profesor z liceum, bój się faraona, była wyjątkowym pedagogiem), co wynika pewnie z totalnej nieumiejętności zapamiętywania nazwisk bez twarzy oraz z tendencji do przestawiania cyfr w datach. Jednakże, z racji wykonywanego zawodu, trzeba było się z ta historią zaprzyjaźnić i spróbować zaserwować ją słuchaczom trochę inaczej.
W ten sam sposób staram się zaciekawić nią dzieci ciągając ich na wszelakie gry miejskie, spacery detektywistyczne (tylko z Panią Fishką - Łucja, jeszcze raz dziękuję! https://www.facebook.com/FishkaKrakowTours/), czy też do muzeum tylko po to, żeby np. poszukać tygrysa, czy postrzelać do czołgu.
Jestem też zwolennikiem nauki przez doświadczenie. Np. dla mnie niewykonalne jest nauczenie się nazwiska twórcy Dzwonu Zygmunta, ale gdy powiem dzieciakom, że autor "podpisał się" na dzwonie, to z ciekawością wspinają się na wieżę, żeby to zobaczyć. Nie wyobrażam sobie również uczyć się o arrasach tylko oglądając ich zdjęcia, zwłaszcza, gdy mamy je pod nosem.
Mam tylko nadzieję, że szkolna edukacja nie zabije pasji moich dzieci to tego przedmiotu...
poniedziałek, 13 listopada 2017
Śniadanie mistrzów
Rytuały, schematy, plany, grafiki to nasza codzienność. Tylko to pozwala ogarnąć cały ten bajzel i jako tako egzystować. Nie jest to metoda pozbawiona wad. Po pierwsze na barkach jednej osoby, czytaj: moich, spoczywa cały ciężar organizacji życia naszej Rodziny (przy drugiej osobie mamy już nieporozumienia i dialogi typu: "To przecież Ty to miałaś/-łeś zrobić!"). Po drugie każde odstępstwo od reguły jest związane z jakąś większą lub mniejszą katastrofą.
Posiłki również się w to wpisują. Kiedyś planowałam menu na cały tydzień, ale obecnie z racji utrudnionego dostępu do reni, robię zakupy "na weekend", "po weekendzie" i około środy.
Dzień rozpoczynamy od płatków z mlekiem. Zimnym mlekiem, choć chyba zdarzyło mi się ze dwa razy je podgrzać. Zazwyczaj sama robię granolę, ale chłopcy najbardziej lubią "reklamowe" płatki, z wyjątkiem kukurydzianych, które służą u nas w domu do panierki i jako dodatek do granoli.
Po płatkach jest śniadanie właściwe, czyli w weekendy "królewskie", a w ciągu tygodnia "szkolne". Raz w tygodniu jemy je w Lajkoniku (również według wypracowanego schematu).
Bardzo podobają mi się posty, w których pokazane są piękne, różnorakie śniadanka do szkoły: a to sałatki owocowe, a to płatki i jogurty, a to kasza jaglana z dodatkami, Super, pięknie, tylko... osoby to wymyślające nigdy chyba nie były w 3 klasie na śniadaniu. Ja mam to doświadczenie za sobą, bo już drugi rok z rzędu biorę udział w świetnej akcji "Śniadanie daje moc", podczas, której dzieciaki same przygotowują sobie posiłek w jednorazowych fartuchach ochronnych. Po wszystkim klasa przypomina krajobraz po najeździe Hunów.
U nas najlepiej więc sprawdzają się kanapki i jakiś słodki/owocowy dodatek.
Chleb piekę sama, w zasadzie co drugi dzień. Masło robię sama ze śmietany powyżej 30%. Uprzedzając pytanie, być może wychodzi drożej niż zwykłe, ze sklepu, ale smakuje o niebo lepiej.
Posiłki również się w to wpisują. Kiedyś planowałam menu na cały tydzień, ale obecnie z racji utrudnionego dostępu do reni, robię zakupy "na weekend", "po weekendzie" i około środy.
Dzień rozpoczynamy od płatków z mlekiem. Zimnym mlekiem, choć chyba zdarzyło mi się ze dwa razy je podgrzać. Zazwyczaj sama robię granolę, ale chłopcy najbardziej lubią "reklamowe" płatki, z wyjątkiem kukurydzianych, które służą u nas w domu do panierki i jako dodatek do granoli.
Po płatkach jest śniadanie właściwe, czyli w weekendy "królewskie", a w ciągu tygodnia "szkolne". Raz w tygodniu jemy je w Lajkoniku (również według wypracowanego schematu).
Bardzo podobają mi się posty, w których pokazane są piękne, różnorakie śniadanka do szkoły: a to sałatki owocowe, a to płatki i jogurty, a to kasza jaglana z dodatkami, Super, pięknie, tylko... osoby to wymyślające nigdy chyba nie były w 3 klasie na śniadaniu. Ja mam to doświadczenie za sobą, bo już drugi rok z rzędu biorę udział w świetnej akcji "Śniadanie daje moc", podczas, której dzieciaki same przygotowują sobie posiłek w jednorazowych fartuchach ochronnych. Po wszystkim klasa przypomina krajobraz po najeździe Hunów.
U nas najlepiej więc sprawdzają się kanapki i jakiś słodki/owocowy dodatek.
Chleb piekę sama, w zasadzie co drugi dzień. Masło robię sama ze śmietany powyżej 30%. Uprzedzając pytanie, być może wychodzi drożej niż zwykłe, ze sklepu, ale smakuje o niebo lepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








