Od dłuższego czasu zastanawiałam się, jak sprawić, żeby mój pobyt w szpitalu nie był dla dzieci traumą. Jestem zdecydowaną przeciwniczka traktowania dzieci, jak kumpli (przynajmiej w tym wieku) i obarczania ich lękami dorosłych. Uważam, że małe dziecko boi się tylko tego, czego go nauczymy lub tego co zobaczy w TV.
Oglądałam kiedyś jeden z programów pseudo-dokumentalnych o operacjach plastycznych i nie zapomnę 12/13 - letniego chłopca, który zapytany, co myśli o operacji mamusi (rzeczona mamusia robiła dobrze tatusiowi powiększając sobie biust), w spazmach odpowiedział, że się boi, że mamusia się nie obudzi. No za coś takiego zrobionego dziecku to lałabym tych rodziców i patrzyła, czy równo puchnie!
Ale nie o tym.
O planowanym pobycie w szpitalu napomknęłam chłopcom, mimo chodem, w niedzielę wieczorem, mówiąc, że jutro idę do szpitala i że wrócę za pięć dni, ale do nich będzie przyjeżdżała Babcia. Wzbudziło to wybuch wielkiej radości, do tego stopnia, że Kacper rano w poniedziałek upewnił się, że napewno idę do tego szpitala, a Babcia przyjedzie "na stówę".
Z dziećmi rozmawiałam codziennie, albo co drugi dzień, przez telefon pytając, jak im minął dzień, co jedli, o czym uczyli się w przedszkolu. Nie zawsze udawało mi się rozmawiać z nimi codziennie, bo jak zadzwoniłam w porze bajki, czy jedzenia śniadania, to moje latorośle rezolutnie przypominały mi, że teraz nie mogą rozmawiać.