Jestem absolutnym przeciwnikiem przemocy pod jakąkolwiek postacią. Zresztą chyba trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś... nie chociaż, chyba aż tak nie jest trudno to sobie wyobrazić.
Ja w każdym razie mówię tu absolutne i zdecydowane NIE.
Ale... ale czasem to aż się ręce same w pięści zaciskają.
Jedziemy autobusem. Słodziaki siedzą, ja nad nimi stoję, bo tak nam wygodnie. Rozmawiamy.
Kaj pyta: Mamo, a co to jest aboracja?
Ja (zgodnie z prawdą odpowiadam): Nie wiem, nie mam pojęcia. A gdzie to widziałeś?
Myślę sobie, może to przeczytał - ostatnio dostali sporą partię nowych książek, m.in. rekordy Guinnessa - może tam coś było? Szukam w głowie wyrazów podobnie brzmiących: abolicja, apartheid? Cholera go wie.
Kaj: Na reklamie widziałem! "Aboracja zabija!"
Ja (z ulga, że wiem, o co mu chodzi): Aborcja!
K..wa, ja to powiedziałam na głos? W autobusie?! Wszystkie głowy +60 w moja stronę. Ja pi..lę i co teraz?
Oddech.
Ja: Aborcja jest wtedy, gdy usuwa się dziecko z brzucha matki.
Kacper: Ale jak?
Ja (k..wa, ja pi..lę): Przez operację.
Kaj: No, ale to zabija dziecko?
Ja: Tak.
Oddech. No i co dalej?
Kacper: A co to znaczy TS?
Ja: Towarzystwo Sportowe.
Ufff..
Powie mi ktoś po co te plakaty wiszą "na mieście"? Jaki do cholery ma to sens?
Najczęściej aborcji dokonuje się teraz farmakologicznie, jestem pewna, że to i tak jest ciężki temat dla matek, które mają chore płody, a te zdjęcia są sprzed wielu, wielu lat, kiedy faktycznie stosowano aborcję operacyjną. Temat ciężki dla dorosłych, a co dopiero dla dzieci... Po co te plakaty wiszą na mieście? Bo istnieje taka kategoria człowieka, która lubi dręczyć innych...
OdpowiedzUsuń